µBlog
15 grudzień 2010: Update update
Jakże piękna była kiedyś operacja aktualizacji - hop siup, windows update, ewentualny restart i komputer zasuwa aż miło, nawet i bez tego też zasuwał aż miło :] Normalnie łezka się w oku kręci, zważywszy, że wykonywana ostatnio aktualizacja zajęła mi dobre 3 godziny, bo prócz -wiadomo- komputerów, w swej kompleksowości objęła również: telewizor, dvd, blueray, netplayer, router, ap i 3 konsole. Na domiar złego część sprzętu wymagała ręcznej podmiany firmware'u oraz ponownej konfiguracji, co z kolei wyeliminowało jakże wygodnego podejścia do tematu " włączam i... niech się dzieje co chce" :]
30 Seconds To Mars - Hurricane
12 listopad 2010: Gimme more juice
High Definition ma swoje zalety - wysoka jakość obrazu na wielkogabarytowych ekranach to jakby nie spojrzeć główny powód zmiany starego wysłużonego sprzętu na urządzenia HD. Pomimo faktu, że technologia masowa wykorzystująca powyższe udogodnienie, w tym przypadku cyfrowa telewizja naziemna jest w naszym pięknym kraju wciąż w powijakach, to wielkie płaskie telewizory z miesiąca na miesiąc znajdują coraz więcej nabywców. Nie ma się temu co dziwić bo prócz wspomnianego wcześniej DVB-T możliwości wykorzystania takiego sprzętu jest kilka. Można w ten sposób oglądać filmy w wysokiej jakości, czy to zapisane na drogim nośniku Blue-Ray, czy to pozyskane wiadomym, mało legalnym sposobem. Można oglądać kilkanaście programów telewizyjnych dostarczanych drogą satelitarną w jakości HD. Wreszcie, można do telewizora podłączyć jedną z konsoli nowej generacji i oddać się uciechom płynącym z grania w niespotykanej wcześniej jakości obrazu... i to z grubsza tyle jeśli chodzi o najpopularniejsze metody pozyskania obrazu HD. Jakby jednak na opisywane zagadnienie nie spojrzeć, wysoka jakość obrazu była, jest i pewnie będzie równoznaczna z wysokim nakładem finansowym, no bo przecież sam telewizor kosztuje, niby ceny w przeciągu ostatnich lat poleciały na łeb, niemniej to wciąż wydatek rzędu 1000zł co najmniej, 50zł miesięcznie za 15 programów telewizyjnych w wysokiej rozdzielczości nie stanowi niskiego abonamentu, 100zł za płytę blue-ray to nie jest mały wydatek, konsole wciąż kosztują powyżej 500zł, a gry po 250zł potrafią odstraszyć potencjalnych nabywców. Co gorsze na powyższym kwestie ekonomiczne się nie zamykają, gdyż urządzenia HD od zawsze utożsamiane były z wysokimi kosztami eksploatacyjnymi związanymi z wysokim poborem prądu i podczas gdy w przypadku telewizorów (wielki ekran = dużo mocy potrzebnej do jego zasilania/podświetlania) jest to ogólnie akceptowalne to w przypadku takich konsol moco-żerność danego systemu jest kolejnym argumentem w niekończącej się batalii pomiędzy zwolennikami poszczególnych systemów.Tyle w teorii, przejdźmy do praktyki. Nie będę ukrywał - jestem szczęśliwym posiadaczem sprzętu HD, rożnej maści w dodatku. Pomimo subiektywnego zadowolenia z urządzeń, każde wzmianka o wysokim poborze prądu, na którą natknąłem się w sieci budziła we mnie pewne obawy. To pobiera tyle, tamto tyle, ta konsola jest energooszczędna, a ta ma taką moc, że elektrownia nie wydala - sami powiedzcie, czy połączenie 300W telewizora z 350W PS3 i 550W zestawem audio, czyli sumarycznie 1200W mocy pobieranych według informacji znalezionych w necie, na pudełkach i tabliczkach znamionowych nie wygląda po prostu tragicznie? Moim zdaniem wygląda i krew mnie zalewała, niemniej po dwóch latach korzystania z tak wymagającego energetycznie sprzętu nie dostrzegłem stosownych zmian w rachunkach za energię elektryczną. Co prawda w/w zestaw pracuje u mnie dość sporadycznie, ale przy takiej mocy wzrost kosztów i tak powinien być zauważalny. Postanowiłem więc zbadać ten temat, zbierałem się, zbierałem i w końcu kupiłem watomierz :] Tym oto sposobem dochodzimy do sedana sprawy, zamiast zachwalać, żalić się, płakać, napisze jedynie że byłem zaskoczony i to bardzo, niemniej odpuszczę sobie dalsze refleksje i podam suche fakty, by na ich podstawie mogliście wyaciągnąć własne wnioski. Mój stary TV (CRT 25cali) zaciąga z sieci 65W, podczas gdy 40 calowy LCD pracujący w trybie dynamicznym i przy 80% mocy lamp wyciąga maksymalnie (bo pobór jest zmienny w zależności od tego co znajduje się na ekranie) 125W; wyposażony w 8-rdzeniowy procesor potwór zwany potocznie PlayStation3 (stara, duża wersja) w stanie spoczynku (nawigacja po menu konsoli) ciągnie maksymalnie 105W, zaś po odpaleniu gry (Heavy Rain) pobór mocy skoczył w górę do 135W (max); konkurencyjna konsola Microsoftu, Xbox 360 (stara wersja Elite) osiągnęła lepszy wynik - nawigując po menu osiągnęła moc maksymalną 100W, a po uruchomieniu Virtua Fighter 5 potrafiła zaciągnąć co najwyżej 120W z sieci elektrycznej; mistrzem konkurencji okazało się oczywiście Wii (nic dziwnego - ta konsola nie stawia na moc obliczeniową czy obraz w rozdzielczości HD) czy to w spoczynku, czy w czasie gry pobór mocy nie przekroczył 15W :)) Wnioski? Informacje z sieci to kpina, 320W obciążenia z tytułu funkcjonowania PS3 jest po prostu wyssane z palca. Telewizory LCD, nawet te starsze, "nie-energooszczędne" (bo taki posiadam) wcale nie robią dziur w portfelu. Moje podejrzenia co do rzeczywistego stanu rzeczy się potwierdziły i z czystym sumieniem mogę napisać, że jeśli ktoś nie spędza całego dnia/tygodnia/miesiąca przed TV/konsolą to rachunki za energię elektryczną wzrosnąć drastycznie nie mają prawa, a domowy budżet z tytułu korzystania z urządzeń HD zdecydowanie nie ucierpi.
My Chemical Romance - Na Na Na
10 listopad 2010: I`m back
Nie licząc dekoracji, którymi to nie mam czasu, ani ochoty się obecnie zajmować pokój w zasadzie jest gotowy. Wlokło się to dość długo, niemniej biorąc pod uwagę, że mam kładzione na nowo: tynki, podłogę, gips szpachlowy, elektrykę, sieć teleinformatyczną oraz nowe wyposażenie użytkowe, a na dodatek, czy to z wiadomych, czytaj finansowych (tynki, gładzie, podłoga) przyczyn, czy to dyktowane to było innymi potrzebami tj. funkcjonalnością oraz dopasowaniem do własnych potrzeb (sieć elektryczna, teleinformatyczna, projekt mebli), to co mogłem wykonałem przy remoncie samodzielnie. Zdanie wyszło maślane, skracając więc do minimum - większość rzeczy wykonałem własnymi ręcami :] ... poszło nie najgorzej, całkiem sprawnie, wyszło zaś bardzo funkcjonalnie i wizualnie do zaakceptowania :]
Adelitas Way - Invincible
16 sierpień 2010: Surreal
Korzystając z okazji burzy postanowiłem nadgonić poweekendowe zaległości i na chwilę się położyć, w rezultacie czego nawiedził mnie niezwykle przyjemny, logiczny, a zarazem nierealny i mocno zakręcony w swej treści sen. Ponieważ na ogół nie pamiętam co mi się śni, a dzisiejsza zjawa była kompletnym odjazdem, postanowiłem sobie ją utrwalić i spisać - w wyniku czego czytacie te słowa. Wszystko (przynajmniej od części którą udało mi się zapamiętać) zaczęło się od błogiej drzemki w pościeli z wielkiego ciepłego psa, która choć przyjemna nie potrwała długo za sprawą ingerencji pary złodziejaszków dobierających się do mojego mieszkania na ostatnim piętrze nowoczesnego apartamentowca. Jako, że moje śpiące towarzystwo stanowił nie mały pies obronny, który i tak nie dorównywał pomocnemu w nagonce psu sąsiada rozmiarami przewyższającymi wilkołaki z sagi zmierzch, złapanie dwóch lalkowatych złoczyńców nie stanowiło najmniejszego problemu i już chwilę potem, w pełni chwały sunąłem długimi ruchomymi schodami, ku uciesze setki sąsiadów z niższych pięter i trwodze szamotanych włamywaczy. Wyglądało na to, że przekazanie tych drugich w ręce sprawiedliwości miało być dość podniosłą chwilą, bo po zjechaniu na dół znalazłem się w gigantycznej auli wypełnionej po brzegi innymi szczekającymi czworonogami wraz z właścicielami, co jak sądzę miało uhonorować odwieczne przymierze człowieka z stworzeniem radośnie merdającym ogonem. Niemniej, jak to w dobrych filmach bywa, cała ta sielankową sytuację rozpłynęła się za sprawą wkroczenia na scenę złego bohatera, bohaterki w zasadzie, którą okazała się Cruella DeMon (tak to ta z 101 dalmatyńczyków :), która w swych niecnych planach zaatakowała wszystkich trującym gazem. Gdzieś w połowie tego demonicznego ataku, w przedziwnej, owianej toksyczną mgłą retrospekcji wyszło na jaw, że powstały z śmierdzącego wyziewu Cruelli gaz nie ma na celu uśmiercenie wszystkich zgromadzonych osób, a agoniczne przekształcenie ich w nastoletnie karykatury ludzi, a tym samym demonicznych pomocników hrabiny zła i podstępu. Stałem więc tak patrząc jak wszystkim głowy rosną niczym balony na paradzie równości, przyjmując przerażającą formę czerwonej galarety i nagle, bach, skończyła się pierwsza część mojego snu widziana z perspektywy pierwszej osoby. Po rozjaśnieniu obrazu znalazłem się za swoimi plecami, a w zasadzie za plecami amerykańskiego nastolatka w postać którego się wcieliłem. Jak przystało na młodzież z kraju mlekiem i miodem płynącym, zajmowałem się tym co najlepiej mi wychodzi - czyli piłem na jakiejś imprezie :D Nie było to jednak błogie picie, gdyż drążyła mnie ostra świadomość, że dnia następnego wybierałem się w trasę, lot właściwie, na który znanym z rzeczywistości zwyczajem oczywiście się spóźniłem, co ciekawsze w towarzystwie bliżej nieokreślonego kumpla i pilota samolotu. Mając za kompanów tak zacne towarzystwo, nie straszny okazał się nawet fakt, że samolot na pokład którego wejść nie zdążyliśmy został szczelnie zamknięty i próby dostania się w tradycyjny sposób spełzły na niczym. Nic to przecie, bez pilota samolot nie poleci, więc spokojnie za radą podniebnego kierowcy udaliśmy się na dach maszyny tajemniczym przejściem przypominającym podziemne, wypełnione rurami i parą przejście, jakie zapewne nie raz i nie dwa widzieliście w każdym filmie akcji klasy B. Wspomniane tajemnicze przejście to jeszcze nic, prawdziwą ciekawostką okazał się właz do samolotu, który tworzył wybrzuszony bąbel, z wyglądu dość solidny jednakże w magiczny sposób, wdzięcznie falując pochłaniający spuszczane kolejno za pomocą wysięgnika osoby - takie stalowe miniaturowe gwiezdne wrota - niby to prowadzące do samolotu, gdy się jednak w nich człowiek zanurzył, okazało się że zamiast w stalowej maszynie znalazł się w ... kobiecych narządach rozrodczych, w których, spadając w dół, w gęstej materii ożywczych wód płodowych zwijał w pozycję embrionalną, kurcząc i zamykając się w nicości. Ku swemu zdziwieniu zamiast (jak przypuszczałem) powrócić do roli plemnika, ocknąłem się we wcześniejszej postaci na wygodnym siedzeniu pociągu otoczony roześmianymi twarzami i przelatującymi przed oczami wizjami minionych godzin - podróż samolotem, przesiadka do pociągu, stukot żelaznych kuł o szyny - co śmieszniejsze nie było dla mnie dziwnym fakt, że wszystkie obrazy przelatywały na zdziesięciokrotnionym przyśpieszeniu (mam tak po nudnym dniu w pracy, albo na solidnym kacu), lecz to że w każdym z nich uparcie pojawiała się wizja zielonej galaretki spożywczej, podawanej w najróżniejszej formie: przelewającej się w wielkiej misie, pociętej w spore kostki i sproszkowanej na lodach. Gdy obrazy przestały wirować siedziałem w kolejnym fotelu, tym razem w autokarze, otoczony dziesiątkami dwudziestoletnich gardeł z pełną entuzjazmu radością śpiewających "Pretty Fly" Offspringa. Pozytywny ładunek niesiony wykonaniem tego utworu był tak wielki dla mojej podświadomości, że ta nie znalazła innego ujścia radości niż wykonanie ostatniego refrenu przez siedzącą z tyłu pojazdu grupkę całkiem urodziwych, skąpo ubranych dziewcząt :D i aż żal zakołatał w sercu, gdy dźwięki ucichły i ktoś z przodu krzyknął "patrzcie, dom Kennediego". Spojrzałem więc, a za oknem autokaru sunącego prostą drogą w dół, pośrodku gór skalistych, ukazał się wspomniany twór, dziwny, cylindryczny i na dodatek ruchomy. Nie zdziwiło mnie to jednak, bo to nie dom lecz gigantyczny robot-dżdżownica z paszczą wirujących wierteł, służących do drążenia tuneli drogowych we wspomnianych wcześniej górach, do których podstawy właśnie docieraliśmy. Zamiast się jednak, jak na logikę przystało, przy granitowych urwiskach zatrzymać, z pełnym rozmachem i impetem wcześniejszego pędu wjechaliśmy do tunelu, najwyraźniej nie drążonego przez robota giganta, lecz dopasowanego idealnie kształtem i rozmiarem do wielkości autokaru. Perspektywa znów się zmieniła, wpierw na tak popularną, skierowaną w górę na werwę mijanych w pędzie świateł, by później opaść na rzut izometryczny, niespiesznie poruszający się po sklepieniu. Autokar znikł, pozostał sam tunel, wpierw pusty, potem wraz z dźwiękami strojenia instrumentów orkiestry nieśpiesznie wypełniającą się sylwetkami, ludźmi, meksykańskimi uchodźcami wykorzystującymi długą dziurę w górze do nielegalnego przedostawania się przez granicę. Strojenie instrumentów ustało, głowę wypełniły dźwięki spokojnej muzyki z mocno zarysowanymi skrzypcami, które po chwili przeszły w akompaniament delikatnym głosom chóru, pęd ulic, witryn domów i sklepów leniwie zwolnił, a sylwetki przywdziewały wymyślne, eleganckie stroje pozując do kadru snu jak do starych fotografii, sielanka podszyta przepiękną muzyką trwała jeszcze jakieś 5 minut, gdy nagle brat trzasną drzwiami i się zbudziłem. Otworzyłem oczy w uniesieniu, pełny zadowolenia, ogarnięty dziwną ekstazą, bo przecież ludzie wspinają się na najwyższe szczyty, schodzą w pełne mroku zimne głębiny i skaczą z samolotu, tylko po to by przeżyć coś niesamowitego, a okazuje się, że wystarczy zamknąć oczy, pozwolić wyobraźni przejąć stery i zerowym nakładem sił, czy środków można doświadczyć coś nierealnego i wyjątkowego, poczuć prawdziwą radość i dobrze się bawić... a skoro już o dobrej zabawie mowa, to tak przy okazji, zapraszam do przejrzenia galerii z 3-go urodzinowego zjazdu PSEmu.pl, jakby nie spojrzeć wydarzenia, które ma wiele wspólnego w opisywanym w dzisiejszej wiadomości oderwaniem od rzeczywistości, choć może w trochę bardziej realnej formie :]Ayumi Hamasaki - Surreal
10 sierpień 2010: Time Break
W imię często przyświecającej mi zasady, dziś będzie szybko i na temat. Konkretnie na temat przerwy jaką od jakiegoś czasu obserwujecie na blogu - otóż, powód takiego stanu rzeczy jest dość banalny...
Three Days Grace - Break
3 czerwiec 2010: Stereo update
Zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią i nie tracąc czasu, słów kilka o zmianach jakie nastąpiły ostatnio w moim systemie audio. W kolejności chronologicznej, pierwsza zmiana dotyczyła napędu CD, gdzie w miejsce wysłużonego (choć wciąż o pięknym neutralnym brzmieniu) Denona DCD1420 trafił kupiony głównie z myślą o stworzeniu ślicznej pary z wzmacniaczem, mniej wysłużony Cambridge Audio Azur C640 v2. No dobra, przesadziłem, bo choć cd-ik samodzielnie, czy w zestawie z innym Azurem, prezentuje się genialnie, to jednak o zakupie sprzętu dużo droższego niż początkowo zamierzałem, przesądził świetny laser Soniaka, solidna sekcja zasilająca i dwa przetworniki WM8740 Wolfsona. Tyle jeśli chodzi o suchą specyfikację, po podłączeniu do do 540A v1 (nieprzypadkowo starsza wersja, która na moje ucho gra trochę szerzej niż jej następca) za pomocą alpharda z najwyższej serii (tak wiem, można dużo-dużo ciekawiej, ale to i tak o niebo lepiej niż zwykłe "chincze" za 5, czy interkonekt za 50zł) nastąpiła słyszalna poprawa, scena miło się rozrosła, dźwięk zyskał wyrazistości, a w pewnych rejonach rzekłbym nawet, że pewnej delikatności - innymi słowy, dźwięk nie męczy, lecz przyjemnie rozlewa się wokół głowy dzięki czemu nawet wielogodzinne posiedzenie z muzyką potrafi sprawić wiele przyjemności. Zdaje sobie sprawę, że powyższe nie brzmi zachęcająco - słyszalna poprawa, trochę zyskał, trochę szerzej itd. - weźcie jednak pod uwagę, że w moim przypadku nastąpiła przesiadka z leciwego, to jednak (jak na swoje lata) w zasadzie rewelacyjnego napędu. Nie lękajcie się jednak, zapewniam, że bliskie spotkanie z CA A640C v2 jest w stanie wysadzić z kapci każdego przeciętnego zjadacza MP3 czy mini-wież z hipermarketu, ten sprzęt absolutnie zasłużenie zyskał sobie miano najlepszego odtwarzacza "budżetowego".Jedziemy dalej, by wspomniane 540A i 640C nie czuły się samotnie na półce, kupiłem także 540P :] Dla niewtajemniczonych to takie małe (u mnie) czarne pudełko, które wraz z wkładką Ortofona (odsłuch) oraz Stantona (zabawa) oraz pewnym dużym czymś tworzy tor analogowy. Brzmi skomplikowanie, ciekawie i tajemniczo(?) a sprawa jest bardzo banalna, gdyż wspomniane duże coś to nic innego jak gramofon i wszystko jest już jasne, choć jak widać zdanie wcześniej, chcąc poważnie podejść do zagadnienia, cały temat nie należy do najprostszych, a to z kilku powodów. Po pierwsze - zakup porządnego gramofonu nie jest prosty - przysłowiowe nówki nieśmigałki w naprawdę solidnym wydaniu kosztują co najmniej 2 tysiące zł-ych, przy zakupie sprzętu używanego można liczyć na obniżenie tego pułapu o połowę, niemniej w miejsce ceny rośnie 50-procentowa szansa, że w nasze ręce trafi wyeksploatowane, lub co gorsza niesprawne urządzenie. Bez ściemy i przesady, wybór gramofonu to istna droga przez mękę :] Po drugie: gramofon nie gra, za generowanie dźwięku odpowiedzialna jest igła (umieszczona we wkładce na ramieniu), a żeby dźwięk był słyszalny w większości przypadków należy zaopatrzyć się również w przedwzmacniacz gramofonowy i całkiem spore pudło innych dodatków eksploatacyjnych. Po trzecie: po zakupie zabawa z analogiem dopiero się zaczyna, na dzień dobry należy poskładać i uziemić tor, wypoziomować napęd, zamontować i wykonać kalibrację wkładki (nacisk, antyskating, VTA, kąt prowadzenia, azymut) itd. itd. zabawy z samym sprzętem jest sporo :D Po czwarte: zabawa na samym sprzęcie się nie kończy (a) cała obsługa winyli jest czysto manualna, chcesz coś przewinąć musisz podejść i machnąć wajchą (b) 12" płyta winylowa mieści do godziny muzyki, do 30 min. po jednej i kolejne 30 po drugiej stronie krążka, chcesz wysłuchać album w całości to w połowie jego trwania musisz się kopsnąć do gramofonu i odwrócić naleśnik (c) nie ma pilota :] (d) płyty są drogie, 50 dych za nówkę to standard, te lepsze (większa gramatura) kosztują znacznie więcej (e) używane płyty są tanie (5-10zł za sztukę), znajdziesz ich całą masę w serwisach aukcyjnych, czy pobliskich antykwariatach, aczkolwiek ... i tu ... uwaga, płyty się niszczą, więc przy zakupie trzeba zwrócić uwagę czy nie są porysowane by nie słuchać trzasków zamiast muzyki i... tu druga uwaga ... przed użytkowaniem płyty należy wyczyścić, co istotne, płytki kupione z drugiej ręki przeważnie warto wyczyścić na mokro (nie pod kranem! woda z kranu syfi płyty), a po wysuszeniu / zakończeniu odsłuch, przed włożeniem do okładki, najlepiej umieścić w nowej koszulce. Po piąte: zabawy z analogiem jest naprawdę sporo, po miesiącu takiej zabawy jestem w stanie napisać co najmniej kilka stron A4 dlaczego i w jaki sposób należy postępować z analogiem :D ... skoda dziś jednak na to miejsca (jeśli ktoś chce wejść w określony temat, proszę o kontakt i wrócimy do niego innym razem), czasu i Waszej cierpliwości, tymczasem, na podstawie własnych doświadczeń, posiadanej kolekcji płyt (mam już ~20 winyli :) i zakupionego sprzętu (zapomniałbym) to jest Technicsa SL-1210MK2 podzielę się tym co najistotniejsze czyli pozytywnymi wrażeniami: (1) jestem ścisłowcem, przywiązującym wagę do szczegółów - wspomniana wyżej zabawa jest po prostu genialna :D (2) solidny gramofon ma kilka bajerów jak np kontrola prędkości (33/45 i pitch), stroboskop, lampkę podświetlającą igłę... no może nie każdy, ale mój ma (3) co więcej, to maszyna stworzona z myślą o DJ-ach, wyposażona w naprawdę solidny napęd bezpośredni, który z odpowiednią wkładką (tu Stanton) umożliwia bezstresowe kontrolowanie płyty ręką :D (4) sam dźwięk (na domyślnie zamontowanym Ortofonie) jest zaskakujący i zaskakująco dobry, trzask gdy kładziesz igłę, bądź gdy sunie ona po ryśniętej płycie za 3zł to normalka, idzie się przyzwyczaić, a po jakimś czasie znaleźć nawet w tym urok. Należy jednak od razu zaznaczyć że opinia o tym, iż dźwięk z winyli jest nieporównywalnie gorszy w stosunku do CD to jakaś totalna bzdura - oczywiście gramofon brzmi niezaprzeczalnie inaczej niż CD, różnica tkwi jednak w rozłożeniu i barwie, a nie jakości dźwięku. (5) w końcu muzyka i tu muszę użyć nielubianego słowa - nie wiem, nie wiem czy spowodowane to było to faktem, że kilkadziesiąt lat wstecz nie wszystkich było stać na wydanie własnego albumu, czy wynika z kompletnie innej przyczyny, ale wszystkie z moich płyt, również te zawierające muzykę z gatunków średnio przeze mnie preferowanych, także te które dostałem w "promocji" bez własnego udziału... są zjadliwe w odsłuchu, co w połączeniu z w/w ciekawym brzmieniem skłania mnie ku stwierdzeniu że zakup i późniejsza zabawa z gramofonem to niesamowicie intrygujące doświadczenie, niemmła zabawa - jednym słowem to, co tygrysy lubią najbardziej :]
W końcu przechodzimy do ostatniej pozycji, bo jakby nie spojrzeć jak szaleć to na całego i choć w maju moje stereo znacząco się rozrosło to jednak wciąż czegoś brakowało. Czegoś prostego, wygodnego i nie wymagającego mojej ingerencji. Nie oszukujmy się: jestem leniwy i płyt nie chcę mi się zmieniać, podobnie jak słuchać w kółko przez miesiąc tego samego albumu, czasem po prostu lubię siąść i bezmyślnie posłuchać czegoś "ok", co skłania tylko do jednego wniosku - potrzebne mi najbardziej uniwersalne z możliwych źródeł dźwięku. I tu zaczynają się schody - bo co to właściwie takiego i co powinno potrafić? Ano, z założenia powinno grać samo, w dodatku dokładnie to co lubię :] Mógłbym tu jeszcze wydłubać cały stos oczekiwań, ale nie chcę by wyszła epopeja jak akapit wyżej, więc w telegraficznym skrócie napisze że powyższe warunki spełnia radio oraz komputer z zrzuconą do plików kolekcją płyt. Biorąc zaś pod uwagę, że żyjemy w czasach, w których w internecie znaleźć można wszystko, w tym także ofertę rozgłośni radiowych, o których standardowy, naziemny odbiornik może tylko marzyć, doszedłem do jednego konkretnego wniosku - potrzebuję komputera, przeznaczonego tylko i wyłącznie do obsługi muzyki (radio internetowe i pliki). Dobra tylko jakiego komputera? Standardowy PeCet, odpada - jest dużu, głośny i wymaga myszy oraz klawiatury do obsługi. Laptop, cóż, sensowna (HDAudio, GF na pokładzie) 15-stka i kosztuje i zajmuje trochę miejsca, szczególnie że gdzieś z boku stawiać jej nie chcę, żeby mi się zwój kabli po pokoju walał. Przyjrzałem się też modnym dziś laptopikom z ~10" ekranem, jednak testy przytaszczonych do domu maszyn z "eee" i "mini" w nazwie wykazały, że zarówno jakość generowanego przez nie dźwięku, jak i brak możliwości wykorzystania ich do jakiegokolwiek poważnego zastosowania niestety de-klasyfikują również ten sprzęt. Wróciłem więc do punktu wyjścia, a tym samym wertowania internetu w poszukiwaniu dogodnego rozwiązania. Sprawdziłem ofertę palmów, urządzeń MP4 i całej maści stacjonarnych maszyn z gałęzi wideo. Wreszcie mą uwagę zwróciły urządzenia typu net-player, bo taki nowy popcorn w najwyższej/najdroższej wersji to po prostu wypasione pudełko, szkoda tylko, że cena jest tak wypasiona, że mógłbym za tyle samo papierków nabyć równie wypasiony laptop. Idea rozwiązania jest jednak słuszna, więc przyjrzałem się niniejszemu segmentowi sprzętu i... nie przeciągając już dłużej... kupiłem Novatrona NTR82 :] Urządzenie może nie kosmiczne, bo plastik i przyciski na obudowie są z lekka tandetne, ale jest to do przełknięcia, szczególnie że na pocieszenie mam: odtwarzacz muzyczny wypluwający (analogowo i cyfrowo) dźwięk o bardzo solidnym brzmieniu, karmiący się plikami dźwiękowymi w dowolnym formacie (w tym AAC, OGG i FLAC), na których pomieszczenie zaserwowałem mu skromne 1500GB, co więcej w rolę urządzeń peryferyjnych wcielają się 2,5" LCD i pilot, więc nie ma mowy o ruszaniu tyłka, JEST! poprawna obsługa open.fm i tysięcy innych stacji radiowych, czyli wszystko to, co chciałem i jeszcze więcej bo to małe pudełko potrafi odtworzyć wszystko (obrazy, muzyka i wideo w tym płyty DVD i blueray) z dysku/pliku, (podłączonego pod usb, dowolnego) napędu i sieci, ma też tuner cyfrowy i pracuje jako nagrywarka - jednym słowem, takie małe ustrojstwo do kompleksowej obsługi multimediów. W dodatku bardzo złośliwe, bo posadzony w środku linuks, ma gdzieś zabezpieczenia i umożliwia bezproblemowy dostęp do wszystkiego co jest akurat podłączone do sieci lokalnej, ale to już tak na marginesie :D
Tina Turner - The Best
2 czerwiec 2010: Roundup for May
Nie ma co ściemniać, ubiegły miesiąc upłynął mi pod znakiem robienia, tego co sprawia mi niebywałą przyjemność, tego co wychodzi mi w życiu najlepiej, maj stał pod znakiem nie robienia nic :] Widać to zresztą na poniższym obrazku, no bo przecież aktualizacji brak. Niemniej wypada uwiecznić dla potomnych minione 30 dni i z grubsza opisać najważniejsze wydarzenia z nimi związane. Zacznę może od tego, że stuknął mi kolejny rok, a przez to ostatni szczebel na drabinie pt.: "mam dwadzieścia lat", niniejszym z przykrością patrzę jak każdy dzień zbliża mnie do okrąglutkiej trzydziestki, a z każdym mijającym tygodniem poszerza się lista rzeczy, na które mam coraz mniej siły i jeszcze mniej ochoty - cóż, starość nie radość. Po drugie, maj to kolejny pechowy dla Polski miesiąc - zgodnie z moimi przypuszczeniami zgiełk po tragedii Smoleńskiej z kwietnia br. ucichł, a jego miejsce wypełniły puste obietnice przedwyborcze - nie można tego inaczej nazwać, gdyż zbliżające się wybory są tematem priorytetowym, mówią o nich ludzie na ulicach, księża w kościołach, trąbią politycy we wszelkich możliwych środkach przekazu... szkoda, że zamiast ładnie się uśmiechać i pierdzielić jaka polska będzie wspaniała pod ich dyktandem, politycy nie robią nic by taka była, zachęca się ludzi do głosowania, ale żeby zrobić coś dla kraju, eee, po co, lepiej przyjąć standardową politykę, naobiecuję, a później się zobaczy, czyli najprędzej nie zrobię nic... nawet podczas gdy ludzie giną i tracą dorobek całego życia, jak to ma miejsce w chwili obecnej, gdyż... i tu po trzecie... po trzynastu latach spokoju do polski wróciła wielka woda i jak to w naszym pięknym kraju bywa, nieprzygotowani po raz kolejny dostaliśmy mocno po dupie. Zresztą, czego innego się spodziewać, zima co roku kilkukrotnie zastaje nieprzygotowanych drogowców, więc powódź bez problemu zastała nieprzygotowany cały kraj - standardowy syf. Wreszcie ze spraw niskolotnych, po czwarte primo ultimo, w maju, udało mi się rozbudować stereo o kilka nowych elementów, ale jako że temat szerszy i bliższy memu sercu, o tym może następnym razem.Level 42 - World Machine
21 kwiecień 2010: Poland... RIP
Ostatnimi czasy uwaga mediów i społeczeństwa skupiła się na jednym tylko wydarzeniu, o tragicznym wypadku w Smoleńsku mówili bez wyjątku wszyscy, toteż i ja pozwolę sobie na dwa słowa komentarza. Jednak w przeciwieństwie do wspomnianych wcześniej mediów, sumiennie przykładam do serca i języka złotą dewizę pt: "o zmarłych mówi się dobrze, albo nie mówi się wcale" i temat tych którzy odeszli po prostu przemilczę.
Biffy Clyro - Many of Horror
4 kwiecień 2010: Yet another toy
Goniąc zaległości, tudzież wypełniając niedobór zdjęć na blogu, bez zbędnych wywodów i komentarzy, kolejna fotka z "zabawkowej" serii...
Breaking Benjamin - I Will Not Bow
14 marzec 2010: Portfolio update
Odnoszę wrażenie, że ostatnimi czasy, a konkretnie w bieżącym roku mam za dużo do powiedzenia. Odnieść to można do mojego życia prywatnego i zawodowego (tak, w kilku przypadkach pozwoliłem sobie powiedzieć zdecydowanie za dużo) jak i niniejszej strony. No spójrzcie tylko - nie minęły jeszcze trzy miesiące, a już tyle literek wystukałem. Ponieważ, nie otrzymałem żadnych sygnałów, świadczących o prawidłowości, bądź przeciwnie, chorym popędom tej sytuacji (jak ktoś ma ochotę niech się odezwie i powie czy taka ilość tekstu mu odpowiada) postanowiłem dla odmiany poinformować jedynie, że w dziale Portfolio pojawiły się dwie nowe pozycje, a dwie kolejne są w drodze, o czym pozwolę sobie umieścić notatkę innym razem.Hurt - Załoga G
13 marzec 2010: Cross 357
Goniąc zaległości, bo jakby nie spojrzeć ostatni obrazek w aktualnościach pojawił się prawie dwa miesiące temu i od tego czasu samotnie tam sterczy... na dodatek sprawą oczywistą jest, że wszyscy chłopcy i wszystkie dziewczynki lubią obrazki... Dziś wrzucimy zdjęcie kolejnej zabawki. W zasadzie to lekko spóźnione zdjęcie, bo widoczny poniżej Crossman 357, wzorowany na Colcie Pythonie o takim samym oznaczeniu i wyposażony w 7 calową lufę (stąd ostatnia cyfra w nazwie) trafił pod mą strzechę dobre 8 miesięcy temu. Przeliczając to z grubsza, wychodzi nam połowa lipca 2009 roku, więc łatwo wywnioskować, że nabyłem go z myślą o górskim wyjeździe urlopowym, a konkretnie zamiarem podzielenia się zainteresowaniami strzelectwem ze znajomymi.
Skillet - Monster
25 luty 2010: Partner vs. electric kettle
Doszedłem dziś do wniosku, że z szukaniem partnerki, sprawa przedstawia się identycznie jak z kupieniem czajnika elektrycznego :] Czy zakupem innego, dowolnie obranego, dla przykładu przedmiotu - wszystko sprowadza się do kwestii doświadczenia. Pozostańmy jednak przy wątku głównym - chcesz czajnik, bo na pewnym etapie życia, okazuje się może to całkiem sensowy pomysł, w dodatku istotnie praktyczny w swej przydatności. Załóżmy, że jesteś osobą bez doświadczenia w temacie czajników elektrycznych, zależenie od dostępnych zasobów (gotówki) masz więc dwa rozwiązania (1) gdy fundusze nie pozwalają na szaleństwo - idziesz do sklepu i kupujesz pierwszy z brzegu czajnik, z nadzieją, że dokonałeś słusznego wyboru, a sprzęt będzie działał bezawaryjnie i zgodnie ze swym przeznaczeniem lub (2) gdy pieniądze nie grają większej roli - idziesz do sklepu, wybierasz któryś z najdroższych modeli i modlisz się by sprawdziła się odwieczna dewiza że cena przekłada się na jakość. Co byś nie zrobił, bez doświadczenia istnieje jednak mniejsza lub większa szansa, że Twój wybór okazać się może totalną porażką. W znacznie uprzywilejowanym położeniu jest osoba posiadająca pewne doświadczenie z czajnikami - mając kilka czajników w życiu wie na przykład że, osadzający się na grzałce kamień jest trudny do wyczyszczenia, wspomniana grzałka nie jest najbardziej efektywnym elementem podgrzewającym wodę, wie że pod wpływem ciepła podstawa czajnika może się odkształcić, a w przypadku tańszych modeli popsuć się może nawet włącznik na rączce. Osoba z bagażem doświadczeń idzie więc do sklepu, z góry ustaloną listą oczekiwań wobec urządzenia - płytka grzewcza na dnie, włącznik dźwigniowy w dolnej części urządzenia, okrągłe styki elektryczne umieszczone w centralnej części podstawy, itd. itd. Osoba z bagażem doświadczeń, wie co może się popsuć, wie czego można się spodziewać, wie jak zmniejszyć ryzyko rozczarowania. Czy to jednak całkiem eliminuje możliwość wystąpienia usterki, a tym samym żalu i rozczarowania - nie. Tyle ględzenia, przejdźmy do konkluzji. Doświadczenie jest przydatne, pomaga się sprecyzować, jednak niezależnie od faktu, czy wiesz czego oczekujesz od życia, czy też nie masz o tym zielonego pojęcia los potrafi spłatać Ci niespodzianki, zarówno miłe jak i te nieprzyjemne, zarówno w postaci popsutego czajnika, jak i popsutego życia. Szkoda tylko, że rozwiązanie problemu awarii tego drugiego nie ogranicza się jedynie do spaceru do śmietnika, wizyty w sklepie i zakupu nowego modelu... wielka szkoda :] Na tym zakończę, kwestię szukania analogi pomiędzy przytoczonym przykładem i początkowym założeniem oraz wyciąganie indywidualnych wniosków pozostawiając samym czytelnikom.Kansas - Dust in the Wind
21 luty 2010: Myśl miesiąca
Zamiast cytować krzykliwe hasła z pudełek papierosów trochę własnej twórczości:Dziś Wam po-rymuje, Allegro to leniwe *hu*e.
Nie chcąc się zniżać do poziomu pracowników niniejszego serwisu - dwa słowa wyjaśnienia powyższej konkluzji. Osobiście nie mam nic przeciwko idei sprzedaży wysyłkowej z pośrednictwem portalu internetowego, jestem leniwy i takie rozwiązanie mi jak najbardziej odpowiada. W ciągu dobrych kilku lat wziąłem udział w setkach licytacji i mogę się poszczycić kontem wypełnionym samymi pozytywnymi opiniami. Nie mam nic przeciwko innym kontrahentom, bo prócz marginalnej 1-2% liczby niepoważnych odszczepieńców, ludzie podchodzą do tematu poważnie i skłamałbym gdybym napisał, że się nie starają. Niestety tego samego o pracownikach opisywanego portalu napisać nie mogę i nie chcę. Oczywiście trzeba im przyznać że dbają o swoje dziecko, Allegro jest ładne, przyzwoicie usystematyzowane, a panoszący się naciągacze i cała reszta plewi powoli, lecz skutecznie wyrywana. Co jednak z przeciętnym klientem korzystającym z internetowych transakcji - ano nic, dopóki wszystko gra, dopóty problemów nie ma. Wystarczy jednak lekki błąd własny, albo co gorsza wadliwe działanie skryptów i każdy kontakt z "biurem obsługi użytkownika" kończy się w ten sam sposób. "Działanie takie jest niezgodne z regulaminem Allegro", nie ma że boli, nie skutkuje argumentacja "pomóżcie, ludzie bywają omylni", kompletnie bezużyteczne jest pisanie "to nie moja wina", a wystosowanie otwartego zażalenia "to Wasz skrypt nie działa jak należy, czemu u cholery ja mam na tym tracić?" jest równie skuteczne jak rzucanie grochem o ścianę. Zawsze w odpowiedzi przeczytasz "Działanie to niezgodne jest z regulaminem Allegro" - tak było i ze mną, błąd skryptu, przez który wysunąłem w kierunku solidnego kontrahenta bardzo nieładnie posądzenia, chciałem załatwić sprawę polubownie, dostałem standardową odpowiedź. Nie popuściłem, prosto z mostu napisałem, że leniwe gnoje lecą w kulki, co poparłem solidnymi argumentami w postaci 3 punktów regulaminu Allegro, które odnosiły się bezpośrednio do mojego problemu... i co? W końcu, ktoś to przeczytał, dostałem nieszablonową odpowiedź pod tytułem i w stylu "Radź sobie sam, od początku istnienia przyjęliśmy politykę, że do spraw użytkowników się nie wtrącamy, nie podoba się to idź do sądu"...i co? ... i co ze stosowaniem się do własnego regulaminu? ... i co to kur*a ma być? Poważnym podejściem do (jakby nie spojrzeć) klienta nazwać się tego nie da. Pierd*lone, leniwe dziady :/
Creed - Overcome
1 luty 2010: OpenWAG 0.10
Dobry rok trzeba było czekać na kolejną wersję nieoficjalnego firmware dla WAG200 Linksysa i jeśli mam być szczery to nie wiem czy się z tego powodu cieszyć, czy irytować. W kwestii marudzenia należy pojęczeć, że prócz zmiany nazwy i lokalizacji projektu, upgrade`u do 1.01.09 oficjalnej wersji oprogramowania, na której OpenWAG bazuje oraz w zasadzie kosmetycznych zmianach w postaci - dwóch skryptów wykonywalnych przy aktywności ppp0 (interfejs up/down), wsparciu dla systemu plików NFS i raportowaniu czasu aktywności urządzenia - do softu nie dodano nic nowego, a co gorsza znaczącego. Zaryzykuję więc stwierdzeniem, że najnowsza odsłona w/w oprogramowania w zasadzie naprawia to co napsuła jej poprzedniczka oznaczona numerkiem 0.9 - DHCP znów działa bez zarzutu, bez względu czy wifi zasuwa w tej samej, czy osobnej podsieci; rozumie się przez to, że działa również routing/NAT interfejsu bezprzewodowego oraz opcjonalna separacja względem sieci LAN; w końcu na sprawnym DHCP konfigurowany watchdog sprawdza się zdecydowanie efektywnie :] Podsumowując OpenWAG 0.10 = Linksys 1.01.09 firmware + sprawny woytekm 0.9 + trzy kosmetyczne dodatki. Na rok pracy, niewiele, ale cieszy że wszystko w końcu działa jak należy, a kto wie, może za kolejny rok doczekam upragnionego firewalla z możliwością statycznego przy/po-działu zasobów :]The Big Pink - Dominos
17 styczeń 2010: Bigger is better
Pomimo, że nie kosztuje tyle co nowy mercedes, to bez dwóch zdań lubię swoje stereo :] Choćby za neutralność dźwięku jaką oferuje, a co za tym idzie uniwersalność zastosowań, do których można go wykorzystać - rock, klasyka, folk, alternatywa brzmią wprost znakomicie, a odwzorowanie sceny po prostu ryje beret. Całkiem znośne jest techno, rap czy hip-hop, a po aktywowaniu ProLogic nawet ścieżka dźwiękowa z filmów potrafi zrobić wrażenie. Co by jednak nie napisać, każdy sprzęt ma swoje ograniczenia, również i moje kevlarowe woofery, które choć są w stanie nadążyć za źródłem, w zasadzie w każdym tempie, produkując przy tym piękne brzmienie to jednak są tylko 7-calowymi głośnikami uniwersalnego przeznaczenia, przez co bardzo niski, głęboki bas czy zrywające łeb z karku łuuuup jest poza ich zasięgiem. W tym właśnie miejscu stanąłem przed pewnym problemem, bo choć: hh, techno i rap nie należą do moich ulubionych gatunków to jednocześnie nie chcę się szufladkować i od czasu do czasu, lubię poeksperymentować, słuchając czegoś kompletnie nie w moich klimatach. Dokładając do tego fakt, że wręcz uwielbiam oddawać umysł dziesiątej muzie to bez dyskusji i większego zastanawiania się, głęboki i potężny bas stał się w tym roku pierwszym planem na rozbudowę zestawu audio.
Michael Jackson - Billie Jean
16 styczeń 2010: List do M.
Po co ściemniać, nic ostatnio mi się nie chce... i dotyczy to zarówno spraw błahych (wstawanie, wyjście do, jak i sama praca) jak i istotnych, do których z pewnością zaliczyłbym tą wiadomość. Te słów kilka, które obiecałem napisać dawno temu, wyjaśnić co, jak i dlaczego oraz czemu po raz kolejny zawiodłem... z lekka wyblakłe z perspektywy czasu, przytłoczone trudnościami dnia codziennego, wciąż tkwią (nie tylko) w głowie, więc pozwól, że w końcu i tak jak należy, na oczach wszystkich i z wyłącznością dla Twojej osoby dam im upust.Magda, kocham Cię, nie za Twój genialny biust, nie za pupę o której myśląc wyję po nocach :] ale ot tak i po prostu, za to jakim jesteś człowiekiem. Ciężko mi znaleźć słowa które mogłyby oddać to co chodzi mi po głowie, więc może nadmienię dla zobrazowania sytuacji, że nie potraktowałem Cię najlepiej, a Ty mimo tego stojąc obok czy na uboczu zawsze byłaś przy mnie. Byłaś śmiejąc się gdy było dobrze, stałaś twardo gdy było źle, gdy rzucałem mięsem na prawo i lewo, gdy i Tobie się zdrowo ode mnie oberwało. Jak mam być szczery, nie rozumiem tego, nie wiem nawet czy chcę zrozumieć, potrafię jednak docenić, bo cokolwiek by się nie działo właśnie z uwagi na wspomnianą powyżej zależność, za fakt, że tak dobrze się rozumiemy, z uwagi na to że niezaprzeczalnie jesteś lepszą ode mnie osobą... masz w moich oczach dozgonny szacunek i uwielbienie :) Jesteś po prostu wspaniałym przyjacielem.
No właśnie, tu jest pies pogrzebany, widzisz, ja sobie zdaję sprawę jak bardzo spierdo**łem za pierwszym razem, wiem również jak wspaniałą jesteś osobą. Oboje znamy również doskonale własne opinie na kwestie zobowiązań i zdajemy sobie sprawę jak mocną są one ugruntowane. Dlatego też, boję się próbować, boję się że spie**olę po raz kolejny i boję się zaangażować w takiej sytuacji i przy obecnych warunkach. Wiem, że to co najgorsze co mógłbym teraz napisać, ale znam siebie, znam swoje ograniczenia i wady, znam też trochę Ciebie więc jednak to powiem, zasługujesz na prawdziwe szczęście, zasługujesz na więcej niż ja, bez względu na to jak kuszącą jestem ewentualnością :]
Dobra teraz zalała mnie pustka, więc może zamilknę, wiesz gdzie jestem i jak mnie łapać, więc jeśli po raz kolejny się na mnie totalnie nie wkurzysz to odezwij się proszę i powiedz co sądzisz o moich bazgrołach.
Shinedown - If You Only Knew
1 styczeń 2010: EoY Recapitulation
Biorąc pod uwagę fakt, że czynię to po raz trzeci z kolei, ze skromną, lecz nieukrywaną satysfakcją oznajmiam wszem i wobec, że przyszedł czas na tradycyjne podsumowanie minionych dwunastu miesięcy i coroczny rozrachunek. Zanim jednak przejdę do znanego już wszystkim wytłuszczania sukcesów i pomyłek 2009 roku, pozwólcie że w podziękowaniu za wykazaną wytrwałość, okazaną dobroć i ciepłe słowa złożę na Wasze ręce (z szczególnym uwzględnieniem dłoni należących do Magdy, Agaty, Aldony, Eli, Małgosi i Adriana) najszczersze wyrazy uznania oraz życzenia radości, szczęścia i wszelkiej pomyślności w obecnym już, 2010 roku, podobne powinszowania kieruję także w stronę wszystkich, przypadkowo, czy z premedytacją odwiedzających stronę... z jednym małym wyjątkiem - tak o tobie mowa, zakłamana s*ko, wiesz dokładnie czego ci życzę.Skoro już przy tym jesteśmy, to jedziemy z porażkami: przeklinam, od kilku miesięcy zdecydowanie za dużo wulgaryzmów wydostaje się z moich ust, bardzo niedobrze, straszna wtopa... chociaż, z uwagi na genezę tego zjawiska w zasadzie należałoby się cieszyć, że prócz niekontrolowanych wybuchów i zmian nastroju oraz kilogramów mięsa rzucanego na boki to jedyne blizny jakie pozostały po tym jak z całym impetem przypier**liłem łbem w kamieniste dno. Tak jest, [dla niewtajemniczonych] to było nawiązanie do mojego życia osobistego, które legło w gruzach z amplitudą, jakiej nie pamiętałem od dobrych 10lat. Cóż, uczymy się na błędach, więc uczcie się na moich, podchodząc do ludzi z dystansem, zawsze mając na uwadze że nie należy ufać, bo im bardziej się odsłonisz, tym bardziej dostaniesz od losu w mordę. Tyle ze spraw istotnych, przy których niezrealizowane cele tj.: częstsze aktualizacje strony domowej, czy wypuszczenie zaległych projektów są w zasadzie niczym. Niczym, tym bardziej, że w ogólnym rozrachunku spokojnie można powiedzieć, iż wśród mało znaczących, zeszłorocznych założeń i tak przeważyły te zrealizowane, wszak udało się: zorganizować kolejny zjazd PSEmu.pl (lepszy od poprzedniego zresztą), znaleźć czas i środki na zabawę w strzelectwo (przypadek urodzinowej dmuchawki), rozpocząć prace na PSEmu.pl v3 (które bazować będzie na autorskim CMSie), poszerzyć o kolejne egzemplarze kolekcję konsol (niezbyt tanie zresztą), wymienić sporą część elektroniki użytkowej (choć zmiana sprzętu RTV była raczej cichym życzeniem, a nie konkretnym planem). Uffff.
Wreszcie przechodzimy do ostatniej kwestii, w postaci planów na 2010 roku. Cóż, muszę przyznać, że choć jest ich wiele, to nauczony doświadczeniem wszystkie cele postawię sobie tym razem pod sporym znakiem zapytania. Napiszę więc skromnie i z dystansem co chciałbym ziścić w ciągu najbliższych 12 miesięcy: po pierwsze, chciałbym po raz trzeci spotkać się w Żywcu z ekipą w standardowym (a może i powiększonym) składzie; po drugie, chciałbym mieć czas i ochotę na dalszą pracę nad PSEmu.pl v3 (nie twierdzę, że wypadałoby skończyć ją w tym roku, ale miło by było wydłubać sporą cześć wortalu); skoro jesteśmy przy www to kolejne aktualizacje (w ilości 24 sztuk) home też przywitam z otwartymi rękami i szczerym grymasem zadowolenia; może opublikuję kilka zdjeć i filmów; kto wie może jakiś zaległy projekt uda się wypuścić? Ze spraw większych - wiosenny remont generalny (ściany, podłoga, elektryka, meble) bo brakuje miejsca na kolejne zabawki :D ... wreszcie i same zabawki, jeśli pieniędzy wystarczy: kolejne (3?) konsole, kolejne klocki audio (łup i analog), kolejne narzędzia zbrodni (coś krótkiego z kopem, łuk, może obalające full-auto, choć wątpię by na to ostatnie starczyło pieniędzy), wreszcie zabawka urodzinowa (duża, droga i wymagająca 2-3~miesięcznego przygotowania). Tyle. Dziś pozostawiam te kwestie otwarte, niedopowiedziane i niepewne, a po szczegóły oraz relacje z placu realizacji zapraszam ponownie na przełomie kolejnych dwunastu miesięcy.
Happysad - Długa droga w dół

